Wiarygodność powieści o Abrahamie i jego potomstwie (cd.)

          Jeżeli przyjmuje się założenie, że Abraham nie był postacią historyczną w sensie ścisłym, lecz symboliczną lub literacką konstrukcją, wówczas interpretacja Księgi Rodzaju ulega istotnej przemianie. Analiza poszczególnych rozdziałów nie ma już na celu odtworzenia wydarzeń sprzed tysięcy lat, ale raczej odkrywanie przesłań religijnych, filozoficznych i kulturowych, które te opowieści przekazują. Tekst biblijny – będący częścią świętych pism judaizmu, chrześcijaństwa i islamu – zyskuje w takim ujęciu znaczenie nie jako źródło faktów historycznych, ale jako zbiór mitów założycielskich, metafor i duchowych prawd, które kształtują tożsamość religijną i moralną wspólnot wierzących.

          Postać Abrahama, odczytywana symbolicznie, przestaje być jedynie patriarchą rodu, a staje się archetypem człowieka wierzącego – tego, który słyszy głos Boga i odpowiada nań zaufaniem i posłuszeństwem. Jego wędrówka z Ur do Kanaanu staje się metaforą duchowego pielgrzymowania, a gotowość do ofiary z syna – dramatycznym wyrazem zawierzenia woli Bożej. W tym kontekście znaczenie Abrahama wykracza daleko poza ramy historyczności: staje się on uosobieniem wiary jako egzystencjalnego wyboru, jako odpowiedzi człowieka na tajemniczą obecność i wezwanie Boga.

          Z punktu widzenia filozoficznego, narracja o Abrahamie otwiera również pole do refleksji nad istotą moralności, wolności i odpowiedzialności. Filozofowie, tacy jak Søren Kierkegaard, odczytywali opowieść o ofierze Izaaka jako przykład „teleologicznego (celowości)  zawieszenia etyki”– momentu, w którym jednostka przekracza powszechne normy moralne w imię wyższego, boskiego celu. Takie ujęcie czyni z Abrahama nie tylko postać religijną, ale również egzystencjalną – człowieka, który staje wobec radykalnego wyboru, nie mając żadnej gwarancji słuszności swojej decyzji.

          Z kolei z literackiego punktu widzenia, Księga Rodzaju i postać Abrahama wpisują się w tradycję opowieści mitycznych, które mają na celu wyjaśnienie pochodzenia ludu, porządku świata i podstawowych wartości etycznych. Język narracji, symbolika, struktura fabularna – wszystko to czyni z tekstu dzieło o wysokim potencjale literackim, pełne głębokich obrazów i uniwersalnych motywów, takich jak wędrówka, przymierze, próba, błogosławieństwo i nadzieja.

          Nie można jednak całkowicie pominąć także wymiaru historycznego. Choć wielu współczesnych badaczy poddaje w wątpliwość historyczność Abrahama jako konkretnej osoby żyjącej około XIX–XVIII wieku przed Chr., to nie sposób zignorować faktu, że tradycja abrahamowa miała i ma realny wpływ na kształtowanie się tożsamości Izraela oraz późniejszych religii monoteistycznych. Abraham, nawet jeśli nie istniał jako jednostka historyczna, stał się „historiotwórczą” postacią – jego imię i legenda odgrywały zasadniczą rolę w kształtowaniu narracji zbiorowej i świadomości duchowej kolejnych pokoleń.

          W świetle powyższego, rezygnacja z literalnej historyczności Abrahama nie odbiera Księdze Rodzaju jej wartości. Przeciwnie – otwiera nowe możliwości interpretacyjne. Zamiast pytać, „czy to się wydarzyło?”, można zapytać: „co to znaczy?”. Takie podejście nie tylko pogłębia rozumienie tekstu, ale również pozwala na jego uniwersalizację – Abraham staje się postacią, z którą może utożsamić się każdy człowiek poszukujący sensu, zmagający się z wiarą i próbujący odnaleźć swoje miejsce w świecie.

          Rozważania nad historycznością Abrahama i interpretacją Księgi Rodzaju wykraczają daleko poza prosty spór między wiarą a nauką. To pytanie dotyka fundamentów naszej kultury, duchowości i sposobu rozumienia ludzkiej egzystencji. Nawet jeśli Abraham nie istniał jako postać historyczna w sensie, w jakim istnieli cesarze czy wojownicy starożytności, jego obecność w tradycji duchowej ludzkości jest niezaprzeczalna. W tym sensie „prawda” Abrahama nie zależy od faktów archeologicznych, lecz od głębi znaczeń, jakie niesie jego opowieść.

         Z perspektywy religijnej Abraham pozostaje wzorem wiary – człowiekiem, który zaufał Bogu wbrew logice, wbrew lękowi, wbrew temu, co oczywiste. Z literackiego punktu widzenia jest to postać, wokół której koncentrują się uniwersalne tematy: ojcostwa, ofiary, przymierza, wędrówki i obietnicy. Dla filozofii staje się symbolem egzystencjalnego wyboru, samotności w obliczu tajemnicy, a zarazem świadectwem nadziei. Natomiast dla historii – nawet jeśli nie był realną postacią – pozostaje mitem założycielskim, bez którego nie da się zrozumieć duchowej ewolucji Zachodu i narodzin religii monoteistycznych.

          Współczesna refleksja nad postacią Abrahama nie musi więc prowadzić do rozdziału między nauką a wiarą, lecz może otwierać przestrzeń dialogu. Możemy jednocześnie uznać ograniczenia historycznej wiedzy i docenić głębię symboliki tekstu biblijnego. Abraham nie musi być jedynie człowiekiem z przeszłości – może być postacią, która przemawia także dziś, jako uosobienie ludzkiego poszukiwania, ufności i duchowej odwagi.

          Tym, którzy mogą odczuwać pewne rozczarowanie moim sposobem ujęcia tematu, pragnę zostawić słowa pocieszenia: Bogu zapewne bardziej zależy na prawdzie niż na tym, by na siłę utrzymywać obrazy, które nie wytrzymują konfrontacji z rozumem i uczciwością intelektualną. Prawda nie obraża Boga; przeciwnie – to właśnie ona, a nie lęk przed wątpliwościami, może być najgłębszym wyrazem szacunku wobec Jego istnienia.

Wiarygodność powieści o Abrahamie i jego potomstwie

          Narracje o Abrahamie zajmują fundamentalne miejsce w biblijnej koncepcji początków Izraela. W tradycji żydowskiej, chrześcijańskiej oraz islamskiej Abraham jest postrzegany jako patriarcha, wybraniec Boga, oraz przodek narodów monoteistycznych. Jednak w perspektywie współczesnej nauki, a szczególnie badań prowadzonych w ramach krytyki historycznej Biblii, rodzi się pytanie o to, czy postać Abrahama miała historyczny pierwowzór, czy też stanowi literacką i teologiczną konstrukcję powstałą w wyniku długotrwałej ewolucji tradycji ustnej i redakcji pisemnej.

          Jednym z najczęściej podnoszonych problemów w badaniach nad Abrahamem jest brak niezależnych źródeł pozabiblijnych, które potwierdzałyby jego istnienie. Nie istnieją żadne inskrypcje, dokumenty administracyjne, listy, czy kroniki z epoki tzw. patriarchalnej (ok. XIX–XVIII w. przed Chr.), które wymieniałyby Abrahama lub inne postaci z jego rodziny, takie jak Izaak czy Jakub.

          Choć niektóre teksty z archiwów Mari, Ebli czy Nuzi zawierają imiona i konteksty kulturowe podobne do tych opisanych w Księdze Rodzaju (np. imię “Abam-ram” z Mari, analogiczne praktyki dziedziczenia, przybrania za syna, adopcji dziedziców itp.), to zdaniem większości badaczy podobieństwa te są zbyt ogólne, by można na ich podstawie potwierdzić historyczność Abrahama. Thomas L. Thompson (1999), jeden z czołowych przedstawicieli tzw. minimalistów, podkreśla, że tego typu dane wskazują raczej na znajomość realiów epoki przez autorów późniejszych, niż na istnienie konkretnej postaci.

          Narracja o Abrahamie zawarta jest głównie w Księdze Rodzaju (rozdziały 12–25), która wchodzi w skład tzw. Pięcioksięgu Mojżeszowego (Tory). Zgodnie z ustaleniami krytyki źródeł, tekst ten nie jest jednolity, lecz stanowi kompozycję kilku warstw redakcyjnych, najczęściej identyfikowanych jako: źródło jahwistyczne (J), elohistyczne (E), kapłańskie (P) oraz deuteronomiczne (D). Najstarsze z tych warstw, według badaczy takich jak Richard Elliott Friedman czy John Van Seters, powstawały dopiero w VIII–VII w. przed Chr., a ostateczna redakcja całego Pięcioksięgu miała miejsce po powrocie z niewoli babilońskiej (VI–V w. praed Chr.).

          W związku z tym istnieje poważna luka czasowa – kilkaset lat – między rzekomym życiem Abrahama a najwcześniejszymi możliwymi zapisami jego historii. Jak zauważa Israel Finkelstein w głośnej pracy TheBible Unearthed (2001, wspólnie z Neilem Asherem Silbermanem), redaktorzy biblijni mogli projektować współczesne im doświadczenia i idee na mityczną przeszłość patriarchalną, aby legitymizować swoje roszczenia etniczne, polityczne i religijne.

          W świetle powyższych ustaleń coraz więcej badaczy skłania się ku interpretacji, że postać Abrahama jest tworem symbolicznym – archetypem założyciela narodu. Według Johna Van Setersa (Abraham in History and Tradition, 1975), Abraham został skonstruowany literacko na potrzeby ideologii deuteronomistycznej: jako wzorzec wiary, posłuszeństwa wobec Boga i ojciec przymierza. Jego życie i wędrówki są nasycone motywami typowymi dla narracji etiologicznych: wyjaśniających pochodzenie miejsc (np. Beer-Szeby), instytucji (np. obrzezania) czy relacji między narodami (np. konflikt z Moabitami i Edomitami).

          Nieprzypadkowo Abraham jest także figurą uniwersalną – opuszcza swój kraj, aby zawrzeć przymierze z jedynym Bogiem, co czyni go idealnym wzorem dla rodzącego się monoteizmu. Przesłanie to wykracza poza historiografię i sytuuje postać Abrahama w sferze teologicznej narracji zbawienia.

          W tym samym duchu należy odczytywać genealogie zawarte w Księdze Rodzaju – zwłaszcza tzw. „Tablicę Narodów” w rozdziale 10. Jest to konstrukcja literacka, mająca uporządkować znany autorom świat w logiczny sposób, wyprowadzając wszystkie ludy z trzech synów Noego: Sema, Chama i Jafeta. Takie ujęcie historii pełni funkcję teologiczną: ukazuje świat jako jedną, stworzoną i kontrolowaną przez Boga całość, a sam Izrael jako naród wybrany spośród wielu.

          Z punktu widzenia nauki historycznej, genealogie te są traktowane jako teksty etiologiczne (etiologia o nauka zajmująca się badaniem przyczyn powstawania różnych zjawisk, procesów, faktów) – opowieści służące do uzasadnienia istnienia aktualnych struktur politycznych i etnicznych. Nie stanowią one wiarygodnych danych do rekonstrukcji realnych dziejów ludów Bliskiego Wschodu.

          Podsumowując, nie istnieją wystarczające podstawy, by uznać Abrahama za postać historyczną w ścisłym, empirycznym sensie. Brak źródeł pozabiblijnych, późne datowanie tekstów oraz silnie teologiczny i etiologiczny charakter narracji przemawiają za tym, że Abraham jest przede wszystkim konstruktem literackim i symbolicznym. Jako postać reprezentuje duchowe i kulturowe początki Izraela, ale jego funkcja nie polega na dokumentowaniu przeszłości, lecz na nadawaniu sensu wspólnotowej tożsamości.

          W świetle tego podejścia opowieści o Abrahamie oraz jego potomkach powinny być analizowane nie jako relacje historyczne, ale jako źródła do badania mentalności, ideologii i duchowej autoidentyfikacji autorów biblijnych.

Nieporozumienia biblijne cd. 3

          W Księdze Rodzaju znajdujemy następujące słowa: „Kto przeleje krew ludzką, przez ludzi ma być przelana krew jego, bo człowiek został stworzony na obraz Boga” (Rdz 9,6). Ten fragment uderza swoją surowością i jednocześnie głębią teologiczną. Niewątpliwie dostrzec tu można echo starożytnych kodeksów prawnych, w szczególności prawa Hammurabiego, którego słynna zasada „oko za oko, ząb za ząb” (lex talionis) funkcjonowała jako narzędzie sprawiedliwości i odstraszania w społeczeństwach Bliskiego Wschodu.

          Nie jest tajemnicą, że autorzy biblijni — hagiografowie — w swej pracy często sięgali po znane im teksty i tradycje pozabiblijne, przekształcając je jednak w duchu objawienia. To, co może budzić niepokój współczesnego czytelnika, to fakt, że w omawianym wersecie prawo odwetu zostaje powiązane bezpośrednio z Osobą Boga i godnością człowieka. Przelać krew zabójcy — nie tylko jako wymiar ludzkiej sprawiedliwości, ale jakby w imię samego Boga. Kara staje się uzasadniona nie tyle z racji społecznej potrzeby porządku, ile ze względu na naruszenie obrazu Bożego w człowieku.

          Warto również zauważyć, że fragment przywołanego wersetu odwołuje się bezpośrednio do wcześniejszych słów z Rdz 1,26: „Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam”. Wprowadza to interesujące napięcie: z jednej strony godność człowieka wynika z jego podobieństwa do Boga, z drugiej — to właśnie ta godność jest powodem surowej kary za morderstwo. Człowiek jako obraz Boga staje się wartością absolutną, a naruszenie tej wartości domaga się sprawiedliwości równie absolutnej.

          Fragment ten skłania do głębszej refleksji: czy przelana krew naprawdę może naprawić naruszenie obrazu Boga? Czy nie lepszym wyrazem podobieństwa do Boga byłoby miłosierdzie, a nie odwet? W miarę rozwoju objawienia biblijnego, zwłaszcza w Nowym Testamencie, odnajdujemy zupełnie inną odpowiedź — tam, gdzie Stary Testament mówi o sprawiedliwości, Chrystus mówi o przebaczeniu. Może więc ten werset z Księgi Rodzaju trzeba odczytywać jako etap przejściowy — jako początek refleksji nad wartością życia ludzkiego, która dopiero z czasem dojrzewa do pełni w świetle Ewangelii.

          Opowieść o pomieszaniu języków budowniczych wieży Babel (Rdz 11,1–9), zawarta w Księdze Rodzaju, należy do najbardziej zagadkowych i niepokojących fragmentów Tory. Z pozoru ukazuje ona jedynie próbę ukarania ludzkiej pychy, jednak głębsza lektura rodzi pytania o sens i cel tego boskiego działania. Komu miało to służyć? Dlaczego Bóg, który stworzył człowieka jako istotę społeczną, postanowił rozdzielić ludzi przez odebranie im wspólnego języka?

          Zwykły czytelnik — zarówno współczesny, jak i starożytny — mógłby oczekiwać, że święty tekst będzie prowadził ludzkość ku jedności, wzajemnemu zrozumieniu i pojednaniu. Tymczasem historia Babel zdaje się iść w przeciwnym kierunku: zamiast budować wspólnotę, Bóg wprowadza rozproszenie i niemożność porozumienia się. Czy to nie sprzeczne z ideą harmonii i braterstwa?

          Aby zrozumieć ten epizod, warto spojrzeć na niego nie tylko jako na opowieść o karze, ale również jako na symboliczną przestrogę. Budowniczowie wieży chcieli „uczynić sobie imię”, a ich celem była nie tylko techniczna potęga, ale też uniezależnienie się od Boga. W tym kontekście interwencja Boga może być odczytana jako zatrzymanie procesu, który prowadził nie do jedności, ale do tyranii uniformizmu — do świata, w którym różnorodność zostaje zredukowana do jednej narracji, jednej władzy, jednej ambicji.

          Pomieszanie języków nie musi więc oznaczać wyłącznie rozbicia wspólnoty. Można je także interpretować jako początek różnorodności kultur, języków i tożsamości, które – choć często utrudniają komunikację – są zarazem źródłem bogactwa ludzkiego doświadczenia. Z perspektywy biblijnej nie chodzi więc o to, by wszyscy mówili jednym językiem w sensie dosłownym, ale by nauczyli się słuchać siebie nawzajem mimo różnic.

          W świetle Nowego Testamentu, szczególnie w scenie zesłania Ducha Świętego w dniu Pięćdziesiątnicy (Dz 2,1–11), dostrzegamy swoistą odpowiedź na wydarzenia z Babel. Tam, gdzie kiedyś doszło do pomieszania języków, teraz dochodzi do cudownego zrozumienia — każdy słyszy Dobrą Nowinę we własnym języku. To symboliczny znak, że pojednanie i porozumienie są możliwe nie przez ujednolicenie, ale przez działanie Ducha, który szanuje różnorodność.

          Zatem historia wieży Babel nie musi być odczytywana jedynie jako wyraz boskiego gniewu. Może to raczej przypomnienie, że prawdziwa jedność ludzkości nie może opierać się na pysze i technicznej potędze, lecz na pokorze, wzajemnym szacunku i otwartości na drugiego człowieka — nawet jeśli mówi innym językiem.

O pokarmie roślinnym i mięsnym w Starym Testamencie

          Czytając Księgę Rodzaju, pierwszą księgę Starego Testamentu, nie sposób nie dostrzec pewnego napięcia, a nawet pozornej sprzeczności w opisie tego, co zostało przeznaczone człowiekowi jako pokarm. W pierwszym rozdziale czytamy: „Oto wam daję wszelką roślinę przynoszącą ziarno po całej ziemi i wszelkie drzewo, którego owoc ma w sobie nasienie: dla was będą one pokarmem” (Rdz 1,29). Fragment ten wskazuje wyraźnie na dietę roślinną, przypisaną człowiekowi w stanie pierwotnej niewinności, w ogrodzie Eden. Jednak już po potopie Bóg mówi do Noego: „Wszystko, co się porusza i żyje, jest przeznaczone dla was na pokarm, tak jak rośliny zielone, daję wam wszystko” (Rdz 9,3). Czy zatem mamy do czynienia ze sprzecznością? Czy Bóg zmienia zdanie?

          Dla wielu teologów kluczowe jest tu zrozumienie dynamiki historii zbawienia. Rdz 1,29 ukazuje idealny porządek stworzenia – świat harmonii między człowiekiem, przyrodą i Bogiem. Człowiek nie zadaje cierpienia, jego dieta jest łagodna, pokojowa, duchowa. Taki obraz bliski był św. Franciszkowi z Asyżu, który w Pieśni Słonecznej nazywał stworzenia swoimi braćmi i siostrami: „Pochwalony bądź, Panie mój, z wszystkimi Twymi stworzeniami”. Franciszek żył w głębokim zjednoczeniu z naturą, widząc w niej nie przedmiot eksploatacji, lecz znak Bożej obecności. Dla niego każde stworzenie miało wartość i godność, niezależnie od użyteczności dla człowieka.

          Z kolei dopuszczenie spożycia mięsa w Rdz 9,3 jest wyrazem nowej rzeczywistości: po potopie świat został zraniony, a człowiek – słaby i podatny na zło – potrzebował innych warunków życia. To nie kaprys Boga, ale Jego pedagogiczne dostosowanie się do upadłej kondycji człowieka. Jak zauważa św. Tomasz z Akwinu, „prawo Boże nie zawsze wyraża ideał moralny, lecz czasem toleruje zło, by uniknąć większego zła” (por. Suma teologiczna, I-II, q. 96, a. 2). Taką też logiką można tłumaczyć biblijne zezwolenie na spożycie mięsa – jako akt miłosierdzia, nie nakaz.

          Papież Franciszek w encyklice Laudato si nawiązuje wprost do ducha św. Franciszka z Asyżu i podkreśla potrzebę nowego spojrzenia na świat jako „wspólny dom”. Wskazuje, że kryzys ekologiczny i cierpienie istot żywych są konsekwencją oderwania człowieka od natury i braku szacunku dla Bożego stworzenia: „Zamiast być zarządcami, staliśmy się właścicielami. Nie możemy już patrzeć na rzeczywistość jako na zbiór danych, które służą tylko konsumpcji” (LS, 11).

          Współczesne ruchy proekologiczne i rosnąca popularność diet roślinnych mogą być odczytane nie tylko jako moda, lecz jako duchowe poruszenie – echo utraconej harmonii z Raju. W tym kontekście biblijna wizja Edenu może inspirować do bardziej etycznych wyborów – nie tyle przez literalne odtworzenie starotestamentowej diety, co przez próbę życia w większej odpowiedzialności za stworzenie. Powrót do pokarmu jarskiego staje się więc nie tylko decyzją zdrowotną, ale też etyczną i duchową.

          Zatem różnica między Rdz 1,29 a Rdz 9,3 nie świadczy o chwiejności Boga, ale o Jego cierpliwej obecności w historii człowieka. Bóg – choć niezmienny – prowadzi ludzi drogą wzrostu moralnego, ucząc ich stopniowo rozpoznawania dobra i wybierania tego, co buduje harmonię. Św. Augustyn pisał, że „Bóg, który cię stworzył bez ciebie, nie zbawi cię bez ciebie” – co znaczy, że współpraca człowieka z Bożym planem jest niezbędna. A współczesna refleksja nad naszym stosunkiem do jedzenia, zwierząt i natury może być właśnie taką formą współpracy.

Obraz człowieka i Boga w Starym Testamencie

          Czytając Stary Testament, szczególnie Księgę Rodzaju, trudno nie zauważyć zaskakującego przekazu dotyczącego natury człowieka. Już w początkowych rozdziałach autorzy sugerują, że ludzkość od samego początku skłania się ku złu. Pomijając symboliczną opowieść o grzechu Adama i Ewy, pojawia się wyraźne stwierdzenie: „usposobienie człowieka jest złe już od młodości” (Rdz 8,21). Co więcej, autorzy – hagiografowie – przedstawiają Boga, który gniewa się na stworzenia, które sam powołał do istnienia, i podejmuje decyzję o ich zgładzeniu, jak ma to miejsce w opowieści o potopie.

          Taki obraz Boga budzi zdziwienie i głęboką refleksję. Jeśli Bóg jest istotą doskonałą, uosobieniem Miłości i Miłosierdzia, to jak możliwe jest przypisywanie Mu emocji i działań nacechowanych ludzkim gniewem, rozczarowaniem czy zemstą? Kara, jaką jest zagłada ludzkości, zdaje się być sprzeczna z boską naturą, którą opisuje teologia chrześcijańska. Pojawia się więc pytanie: czy te opowieści rzeczywiście oddają Boży zamysł, czy raczej są ludzką interpretacją – próbą zrozumienia tajemniczych i często tragicznych wydarzeń?

          Z filozoficznego punktu widzenia, Bóg jako byt absolutny, doskonały i niezmienny, nie powinien podlegać emocjom w takim sensie, w jakim rozumie je człowiek. Gniew, rozczarowanie czy złość to reakcje właściwe istotom ograniczonym – a Bóg, jako istota wszechwiedząca, nie może być zaskoczony postępowaniem człowieka. Zatem jeśli pojawiają się w Biblii opisy Boga „żałującego”, „gniewającego się” czy „karzącego”, należy je traktować jako antropomorfizmy – sposób wyrażania boskich działań w kategoriach zrozumiałych dla człowieka.

          Opowieść o potopie może być właśnie takim przykładem. Jest bardzo prawdopodobne, że powstała ona w oparciu o dawne przekazy dotyczące katastrofalnego zdarzenia meteorologicznego, które zostało zinterpretowane jako boska kara. W takim ujęciu autorzy natchnieni nie tyle relacjonowali faktyczne działania Boga, ile wyrażali swoje własne, głęboko ludzkie przeżycia, lęki i intuicje religijne. Ich wizja Boga nosiła ślady ich czasów, kultury i ograniczeń poznawczych.

          Nie oznacza to jednak, że przekaz biblijny należy odrzucać jako całkowicie ludzki i pozbawiony wymiaru duchowego. Wręcz przeciwnie – autorzy Starego Testamentu, choć pisali w sposób niedoskonały i osadzony w kontekście swoich epok, mogli w swoim sumieniu odczytywać rzeczywisty niepokój Boga wobec kondycji moralnej człowieka. Ich zapiski stanowią świadectwo duchowego dialogu człowieka z Bogiem – dialogu, który rozwijał się przez wieki i ostatecznie znalazł swoją pełnię w przesłaniu Nowego Testamentu, w którym Bóg objawia się w sposób ostateczny jako Miłość.

          Z perspektywy chrześcijańskiej, najpełniejszy obraz Boga otrzymujemy w osobie Jezusa Chrystusa, który nie przynosi gniewu, ale przebaczenie. To On objawia Ojca jako tego, który „nie chce śmierci grzesznika, lecz aby się nawrócił i żył” (Ez 18,23). W świetle tej prawdy możemy spojrzeć na starotestamentowe opowieści nie jako literalne opisy boskich działań, lecz jako drogę ludzkości do głębszego zrozumienia Boga – pełną błędów, prób i odkryć.

          Osobiście uważam, że Stary Testament jest nie tyle księgą gotowych odpowiedzi, co księgą pytań. Pytań o naturę dobra i zła, o granice wolności człowieka, o sens cierpienia, o obecność Boga w historii. Te pytania pozostają aktualne również dzisiaj. Być może największą wartością tych starożytnych tekstów jest to, że uczą nas stawiać pytania i szukać – nie z lękiem, lecz z ufnością, że za poszukiwaniem stoi Ktoś, kto od początku wierzy w człowieka, nawet jeśli człowiek sam w siebie nie wierzy.

Kryzys egzystencjalny

          Człowiek – istota żyjąca, rozumna, a zarazem krucha i podatna na zranienia – od zawsze poszukiwał czegoś, co da mu poczucie bezpieczeństwa i sensu. W obliczu nieprzewidywalnych zdarzeń, życiowych tragedii i moralnych dylematów potrzebuje czegoś trwałego – opoki, na której mógłby się oprzeć. Jest to nie tylko potrzeba psychiczna, ale i duchowa: pragnienie odnalezienia wartości, które nadają życiu kierunek.

          Dziecko instynktownie znajduje ukojenie w ramionach matki – jej obecność to pierwsza opoka w życiu małego człowieka. Z czasem jednak, w miarę dorastania, przychodzi moment, w którym każdy musi samodzielnie zdecydować, na czym oprzeć swoją tożsamość i światopogląd. Czy będzie to tradycja, religia, nauka, sztuka, a może coś jeszcze innego?

          Współczesny świat, choć dynamiczny i technologicznie rozwinięty, niesie ze sobą nowe zagrożenia. Wszechobecna technologia, a szczególnie sztuczna inteligencja – będąca przecież wytworem ludzkiego umysłu – bywa wykorzystywana do manipulowania rzeczywistością. Medialny chaos, dezinformacja i rosnąca polaryzacja społeczna sprawiają, że coraz trudniej odnaleźć autorytety, którym można by zaufać. Zamiast trwałych wartości pojawiają się powierzchowne slogany, uproszczone ideologie i modne hasła, które nie oferują realnego zakorzenienia. Człowiek pozbawiony stabilnego punktu odniesienia łatwo popada w frustrację.

          Niektórzy próbują ucieczki – w hałas, używki, skrajny konsumpcjonizm, a nawet w nihilizm. Jednak taka ucieczka nie przynosi trwałej ulgi, lecz jedynie pogłębia poczucie pustki. Coraz częściej mówi się o kryzysie egzystencjalnym – zwłaszcza wśród młodych ludzi, którzy nie widzą przed sobą przyszłości, nie czują się reprezentowani przez żadne środowiska i nie wiedzą, komu mogą zaufać.

          Jeszcze niedawno dla wielu ludzi opoką był Kościół. Dziś jednak i ta instytucja traci swoją wiarygodność – nie tylko z powodu postępującej sekularyzacji, ale także na skutek licznych skandali, które ujawniają nieetyczne zachowania tych, którzy powinni być moralnymi wzorami. Gdy duchowi przewodnicy zawodzą, a świeckie autorytety okazują się nietrwałe, rodzi się pytanie: gdzie szukać oparcia w dzisiejszym świecie?

          Niepokojące jest to, że obserwacja nieobyczajnego życia niektórych kapłanów prowadzi niektórych do wniosku, że również fundamenty, na których opiera się sam Kościół, mogą być doktrynalnie wadliwe. To głęboko podważa zaufanie do instytucji, która przez wieki była dla wielu ostoją moralną i duchową.

          Być może jednak odpowiedź na ten kryzys nie leży już w zewnętrznych strukturach, lecz w procesie świadomego, wewnętrznego rozwoju. Opoką może stać się filozofia życia oparta na uczciwości, samopoznaniu, odpowiedzialności i miłości bliźniego. Może warto powrócić do wartości, które nie dzielą, lecz łączą – takich jak szacunek, dialog i solidarność. W czasach wielkiej niepewności to właśnie drugi człowiek może stać się opoką – poprzez swoją obecność, współczucie i wierność prawdzie.

          Być może dziś bardziej niż kiedykolwiek wcześniej potrzebujemy nowej definicji opoki – nie jako instytucji czy zewnętrznego autorytetu, lecz jako wewnętrznej siły zakorzenionej w osobistym doświadczeniu, refleksji i odpowiedzialności za innych. W świecie, który wydaje się coraz bardziej płynny i nieprzewidywalny, tym, co może dać poczucie stabilności, są proste, lecz głębokie wartości: wierność sobie, troska o drugiego człowieka, odwaga mówienia prawdy i gotowość do niesienia pomocy tam, gdzie inni odwracają wzrok.

          Szukając opoki, nie zawsze musimy patrzeć w górę – czasem wystarczy spojrzeć w głąb siebie lub rozejrzeć się wokół. Może to być przyjaciel, który słucha bez oceniania, książka, która inspiruje, wspólnota, która daje poczucie przynależności. Może to być własne sumienie – niekiedy cichsze niż zgiełk świata, ale jeśli mu się zaufa, może stać się najpewniejszym przewodnikiem.

          Opoka nie musi być idealna – wystarczy, że będzie prawdziwa. A prawda, choć bywa trudna, ma jedną niezaprzeczalną cechę: trwałość. To na niej warto budować.

Wolność wobec Boga – paradoks wiary w katolicyzmie

          Jednym z najbardziej fundamentalnych, a zarazem najbardziej paradoksalnych elementów religii katolickiej jest kwestia wolności człowieka w relacji z Bogiem. Wolność ta objawia się przede wszystkim w możliwości powiedzenia Bogu „nie” — odrzucenia Jego woli, Jego obecności, a nawet Jego istnienia. Ta zdolność do sprzeciwu, do samodzielnego wyboru, jest głęboko zakorzeniona w ludzkiej naturze i przez katolicyzm traktowana jako znak godności człowieka, stworzonego na obraz i podobieństwo Boże.

          Możliwość odrzucenia Boga nie jest jednak wezwaniem do buntu ani zachętą do ignorancji. Przeciwnie — ukazuje wielkość i ryzyko wolności, którą Bóg ofiarował człowiekowi. To wolność, która czyni z nas nie automaty wykonujące boską wolę, ale osoby zdolne do dialogu, do relacji i do miłości, która ma sens tylko wtedy, gdy jest dobrowolna. Katolicka wizja wolności nie sprowadza się więc do swobody działania, lecz odnosi się do najgłębszych wyborów duchowych i egzystencjalnych.

          Sprzeciwianie się Bogu wydaje się z tej perspektywy nie tylko możliwe, ale i logicznie dopuszczalne. Jednak równocześnie jawi się jako akt nierozsądny. Człowiek, istota ograniczona, omylna i śmiertelna, wchodzi w konfrontację z Bytem doskonałym, wszechwiedzącym i wszechmocnym. Walka z Bogiem przypomina próbę zatrzymania oceanu dłonią — nie ma szans powodzenia. A jednak Bóg tej wolności nie odbiera. Co więcej, szanuje ją do końca, nawet jeśli prowadzi ona człowieka na manowce.

          Na tym polega głęboki paradoks tej „pozornej” wolności. Pozornej — bo człowiek może powiedzieć „nie”, ale nie może uciec od konsekwencji tego wyboru. Wolność staje się prawdziwa tylko w odniesieniu do dobra, do prawdy, do miłości. Wyrwanie się z relacji z Bogiem nie czyni człowieka bardziej wolnym, lecz samotnym i zagubionym.

          Jednak relacja z Bogiem w katolicyzmie nie jest zbudowana na strachu czy przymusie. Jest dialogiem — czasem trudnym, czasem pełnym bólu, a nawet gniewu. Człowiek może mówić do Boga szczerze, bez masek. Może zapytać, dlaczego świat wygląda tak, a nie inaczej. Może mieć odwagę powiedzieć: „Panie, starość Ci nie wyszła”. To nie bluźnierstwo, ale przejaw głębokiej, autentycznej relacji. Tylko w prawdziwej relacji można wyrażać wątpliwości, żal, a nawet rozczarowanie.

          Wolność w katolicyzmie nie polega więc na robieniu „czegokolwiek”. Polega na możliwości wyboru Boga – w sposób świadomy, wolny i odpowiedzialny. Właśnie dlatego Bóg nie zmusza, lecz zaprasza. A człowiek, choć może powiedzieć „nie”, zostaje obdarzony nadzieją, że zawsze może wrócić i powiedzieć „tak”.

Wieczność – sfera poza czasem i prawami natury

          Wieczność nie jest po prostu nieskończonym czasem. To rzeczywistość zupełnie innej natury – sfera, która wykracza poza granice fizycznego świata i jego praw. Tam nie obowiązują prawa przyrody, które rządzą naszym codziennym doświadczeniem: czas nie płynie, materia nie przemija, a przestrzeń nie dzieli. To, co tutaj wydaje się oczywiste i niezmienne, w wieczności traci swoje znaczenie.

          W tej rzeczywistości centralne miejsce zajmuje nie materia, lecz relacja. To nie zjawiska fizyczne determinują istotę wieczności, lecz głębokie, autentyczne więzi pomiędzy istotami. W świecie, gdzie czas nie odmierza kolejnych chwil, a przestrzeń nie stanowi granicy, relacje zyskują nowy wymiar – są absolutne, niezmienne i prawdziwe. Liczy się więc nie to, co posiadamy, ale kim jesteśmy wobec innych: czy jesteśmy zdolni do miłości, zrozumienia, przebaczenia.

          W tradycjach religijnych – zarówno w chrześcijaństwie, jak i w hinduizmie czy islamie – wieczność jawi się jako sfera boskiej obecności, poza czasem i śmiercią. W chrześcijaństwie niebo nie jest tylko nagrodą, lecz pełnią bycia „z” i „dla” Boga – wieczną relacją miłości. Święty Augustyn pisał, że „nie ma czasu w wieczności, ponieważ wieczność jest jednym nieprzemijającym teraz” – to istota trwania w Bogu, w którym wszystko jest teraźniejsze. W filozofii, szczególnie u Platona, wieczność wiązała się z ideami – niezmiennymi, doskonałymi formami, które są źródłem wszystkiego, co zmienne. Dla Platona to, co wieczne, było jedynym prawdziwym bytem. Z kolei dla Immanuela Kanta wieczność była postulatem rozumu moralnego – konieczną przestrzenią, w której może ziścić się pełna sprawiedliwość.

          Literatura również często sięga po temat wieczności, ukazując ją jako przestrzeń nie tyle fizyczną, co symboliczną. W „Boskiej Komedii” Dantego wieczność ukazana jest w trzech wymiarach – piekła, czyśćca i nieba – z których każdy odzwierciedla głębię i jakość ludzkich relacji wobec Boga i innych. W poezji Czesława Miłosza wieczność pojawia się jako tęsknota za światem nienaruszonym, gdzie miłość, pamięć i piękno przestają podlegać przemijaniu. Miłosz pisał: „Wieczność jest po to, by ocalić to, co zasługuje na wieczne trwanie”.

          Wieczność wymyka się ludzkiemu rozumowi. Możemy ją próbować pojąć jedynie poprzez analogie, intuicje, doświadczenia duchowe. Jedno jednak wydaje się pewne – jeśli istnieje, to nie jako kontynuacja tego, co ziemskie, lecz jako zupełnie nowa jakość istnienia. Taka, w której to, co przemijające, zostaje odrzucone, a to, co istotne – pozostaje. W tym sensie wieczność nie jest tylko przyszłością po śmierci, ale może być również obietnicą sensu, który przekracza granice naszego świata.

           Wieczność jest ludzkości obiecana. W teologii chrześcijańskiej obraz wieczności nierozerwalnie łączy się z wizją «nowego nieba i nowej ziemi», zapowiedzianą w Apokalipsie św. Jana: „I widziałem nowe niebo i nową ziemię, bo pierwsze niebo i pierwsza ziemia przeminęły” (Ap 21,1). Nie chodzi tu o ucieczkę od świata materialnego, ale o jego przemianę – odkupienie całego stworzenia, nie tylko duszy ludzkiej. Nowa ziemia jest symbolem odnowionej rzeczywistości, w której Bóg „otrze wszelką łzę z ich oczu”, a śmierć, cierpienie i rozdzielenie przestaną istnieć.

          Filozofowie – od Platona po Teilharda de Chardin – także rozważali możliwość przejścia od tego, co przemijające, do tego, co trwałe. U Platona wieczność była światem idei – doskonałych i niezmiennych. U Teilharda – punktem Omega, w którym cała materia i świadomość osiągają ostateczną jedność. Dla obu myślicieli wieczność nie była miejscem, lecz stanem bycia, kulminacją sensu.

          Literatura również porusza temat nowej ziemi, często w sposób symboliczny. W poezji T.S. Eliota, szczególnie w “Czterech kwartetach”, pojawia się motyw oczyszczenia przez cierpienie i dotarcia do „punktu, w którym wszystko się zaczyna”. Czesław Miłosz, zwłaszcza w późnej twórczości, marzy o świecie odnowionym: „Ziemia, ocalona na wieki, do której wszyscy wracamy, jako istoty oczyszczone z gniewu i pychy”.

          Nowa ziemia jest więc obrazem nadziei – nie eskapizmu, lecz spełnienia. W świecie, gdzie coraz więcej mówi się o katastrofie klimatycznej, przemocy i rozpadzie wspólnot, wizja wieczności jako rzeczywistości przemienionej staje się nie tyle ucieczką, co obietnicą sensu: że to, co dobre, nie zginie; że miłość ma ostatnie słowo.

          Wieczność i nowa ziemia nie są zatem rzeczywistościami pośmiertnymi w sensie chronologicznym, lecz jakościowymi – wyrażają głęboką tęsknotę człowieka za światem sprawiedliwym, trwałym i pełnym obecności. Ich sens zawiera się nie w geograficznej zmianie, ale w całkowitej przemianie: serca, relacji, świata.

Wyobraźnia człowieka a rzeczywistość nadprzyrodzona

          Akt stworzenia świata przez Boga jest nie tylko początkiem czasu i materii, ale także wyrazem Jego doskonałej mądrości, miłości i opatrzności. Bóg, stwarzając rzeczywistość, uczynił ją nieprzypadkową – przeciwnie, została ona wyposażona w paradygmaty, czyli głębokie duchowe zasady i wzorce, które mają prowadzić człowieka przez życie doczesne oraz przygotować go do wieczności. Wzorce te są wpisane w ludzką naturę – obecne nie tylko w strukturze naszego myślenia czy moralności, ale także w intuicji, sumieniu i duchowych pragnieniach.

          Każdy człowiek, bez względu na czas czy kulturę, nosi w sobie tęsknotę za czymś większym, doskonalszym, trwalszym. Święty Augustyn pisał: „Niespokojne jest serce nasze, dopóki nie spocznie w Tobie, o Boże”. Ta nieustanna tęsknota za Absolutem jest dowodem na to, że człowiek nie został stworzony jedynie dla życia ziemskiego. Paradygmat wieczności obecny jest w nas jako wewnętrzne przeczucie, głos duchowy, który kieruje myśli ku rzeczom ostatecznym – ku sensowi, wieczności, zbawieniu.

          Jednak człowiek, ograniczony cielesnością i zanurzony w świecie materialnym, nie jest w stanie pojąć w pełni natury Boga ani rzeczywistości duchowej. To, co niewidzialne, niepojęte i transcendentne, zostaje przez nas wyrażane przy pomocy symboli, obrazów i analogii. Wyobraźnia staje się w tym przypadku narzędziem duchowej interpretacji. Człowiek, nie znając szczegółów życia po śmierci, buduje jego obraz na wzór tego, co zna. Niebo wyobrażane jest jako miejsce doskonałe, harmonijne, wypełnione światłem i pokojem – jako przeciwieństwo ziemskich trudów.

          W ten sposób kształtował się również obraz istot duchowych – aniołów. Choć z natury niematerialne i przekraczające ludzkie wyobrażenie, aniołowie zostali przedstawieni w sposób bliski człowiekowi: otrzymali skrzydła, piękne oblicza, ubrania i role przypominające ziemską służbę dworską. W rzeczywistości ich funkcją jest służenie Bogu i pełnienie Jego woli – są zwiastunami, opiekunami, wojownikami w walce duchowej.

          Wyobrażenie nieba jako uporządkowanej hierarchii – z Bogiem jako Królem i anielskimi zastępami jako Jego dworem – jest logiczną konsekwencją ludzkiego sposobu myślenia. W ziemskim świecie porządek, hierarchia i rola społeczna pomagają utrzymać ład i funkcjonowanie wspólnoty. Na tej samej zasadzie niebo zostało wyobrażone jako przestrzeń ładu duchowego, gdzie każda istota ma swoje miejsce i zadanie. Święty Tomasz z Akwinu, rozwijając tę myśl, podzielił aniołów na dziewięć chórów – od serafinów i cherubinów po aniołów stróżów – tworząc teologiczną koncepcję niebiańskiej hierarchii.

          Jednak nie wszystko w świecie duchowym pozostało wierne swojemu powołaniu. Według tradycji chrześcijańskiej, część aniołów – na czele z Lucyferem – zbuntowała się przeciwko Bogu. Motywem tego buntu była pycha, czyli chęć postawienia się na równi ze Stwórcą. Aniołowie ci, niegdyś pełni światła, stali się mocami ciemności – upadłymi duchami, które zamiast nieść dobro, stały się przeciwnikami Boga i człowieka.

          To również jest odwzorowaniem ludzkiej rzeczywistości: tak jak człowiek może wybierać między dobrem a złem, tak i w świecie duchowym zarysowała się przestrzeń wolności i decyzji. Diabeł – wbrew uproszczonym ludowym wyobrażeniom – nie jest karykaturą, ale dramatycznym świadectwem wolności duchowej, która może być wykorzystana przeciwko dobru.

          Współczesny człowiek, zanurzony w świecie technologii i materializmu, często traci kontakt z rzeczywistością duchową. Tym bardziej potrzebna jest refleksja nad tym, co niewidzialne, ale prawdziwe. Wiara i wyobraźnia religijna nie są ucieczką od rzeczywistości, ale próbą nadania jej pełniejszego, głębszego sensu.

          Ostatecznie, to, co stworzone – świat, człowiek, duchowe istoty – pozostaje nieustannie skierowane ku swojemu Źródłu. Każdy z nas nosi w sobie nie tylko obraz Boga, ale i powołanie do wieczności. Wyobrażenia nieba, aniołów, czy życia po śmierci – choć niedoskonałe – są próbą uchwycenia tej głębokiej, niepojętej prawdy. Prawdy, która – jak wierzą chrześcijanie – w pełni objawi się dopiero w spotkaniu twarzą w twarz z Bogiem. Choć i to nie jest pewne.

Nieporozumienia biblijne cd. 2

          Wielu krytyków Pisma Świętego zarzuca mu liczne błędy, sprzeczności czy nieścisłości. Jednak często zarzuty te nie wynikają z samego tekstu, lecz z jego odczytywania w sposób literalny, bez uwzględnienia szerszego kontekstu – literackiego, historycznego czy teologicznego. Biblia nie jest bowiem ani podręcznikiem biologii, ani fizyki, ani nawet historii w sensie nowożytnym. Kościół Katolicki, podobnie jak wiele innych tradycji chrześcijańskich, od wieków naucza, że Biblia to księga natchniona, której celem jest przekazanie prawdy o Bogu i Jego relacji z człowiekiem, a nie dostarczenie ścisłej wiedzy naukowej.

          Fakt, że w Piśmie Świętym odnaleźć można powtórzenia tych samych wydarzeń, niekiedy różniące się szczegółami, a także pozorne niekonsekwencje czy wewnętrzne napięcia, wcale nie musi być traktowany jako przejaw braku spójności. Przeciwnie – może to świadczyć o uczciwości i przejrzystości autorów oraz redaktorów biblijnych. Nie dążyli oni do wygładzenia tekstu na siłę, nie eliminowali fragmentów trudnych czy niejednoznacznych. Pozostawiali je jako świadectwo bogactwa tradycji oraz jako pole do dalszej refleksji i interpretacji dla przyszłych pokoleń.

          Teologia chrześcijańska od początku była procesem dynamicznym. To, co dziś nazywamy nauką Kościoła, kształtowało się stopniowo, często w odpowiedzi na nowe pytania, wyzwania i konteksty kulturowe. Tymczasem współczesny Kościół – szczególnie w jego instytucjonalnym wymiarze – niekiedy zapomina o tej historycznej zmienności i procesualności. Dogmaty, choć pierwotnie miały służyć uporządkowaniu myśli i ochronie najważniejszych prawd wiary, bywają dziś odczytywane jako niezmienne formuły, które bardziej ograniczają niż otwierają przestrzeń duchowego poszukiwania. W efekcie mogą powodować więcej zamieszania niż pożytku, jeśli brakuje im teologicznej elastyczności i duszpasterskiej wrażliwości.

          W tym kontekście nie sposób pominąć wkładu współczesnej biblistyki, zwłaszcza metody historyczno-krytycznej, która od XIX wieku stała się jednym z głównych narzędzi badań nad tekstem biblijnym. Dzięki niej możliwe stało się odczytywanie Pisma Świętego nie jako jednolitego dokumentu, lecz jako złożonego zbioru ksiąg, redagowanych i przekazywanych w różnych środowiskach, kulturach i epokach. Takie podejście pozwala lepiej zrozumieć, dlaczego niektóre fragmenty różnią się między sobą, a także dostrzec wewnętrzny rozwój myśli religijnej na przestrzeni wieków. Kościół – szczególnie po Soborze Watykańskim II – zaakceptował ten sposób lektury jako cenny dla głębszego poznania orędzia zbawczego. Egzegeza krytyczna nie podważa wiary, lecz ją pogłębia, uczy pokory wobec tekstu i zachęca do zadawania pytań, które nie zawsze mają jednoznaczną odpowiedź.

          Dzisiejszy wierzący, czytając Biblię, powinien przede wszystkim szukać jej duchowego przesłania, a nie dosłownych odpowiedzi na pytania naukowe czy polityczne. Natchnione słowo nie jest schematem ani zbiorem prostych definicji – jest żywym dialogiem Boga z człowiekiem, który trwa przez wieki. Może warto, by Kościół na nowo odnalazł odwagę przyznania, że wiara nie jest systemem zamkniętym, lecz drogą – że wymaga zarówno szacunku dla tradycji, jak i otwartości na nowe odczytania. Paradoksalnie, to właśnie tam, gdzie pojawiają się trudne fragmenty, powtórzenia czy rzekome „błędy”, najpełniej objawia się żywa i niejednoznaczna historia poszukiwania Boga.